Wytrwałość? Czyli odpuszczam, ale się nie poddaję

Ciężko znoszę porażki. Zawsze tak było. Gdy coś idzie nie po mojej myśli, wpadam w gniew. Przeklinam. Płaczę. Krzyczę, że mam to w dupie i więcej nie biorę się za to, co mi nie wychodzi. Daleko mi do wyważonego, stonowanego podejścia, jakie staram się prezentować na blogu. Ale w tej swojej emocjonalności najbardziej lubię to, że uspokajam się równie szybko, jak wpadam w gniew. Wystarczy chwila, kilka spokojnych oddechów i racjonalne myślenie wraca. A razem z nim wraca mój zapał i wytrwałość w dążeniu do celu.

 

Wytrwałość? Czyli odpuszczam, ale się nie poddaję

Emocje nie są dobrym doradcą

Najgorsze, co można robić, to podejmować decyzje pod wpływem emocji. Głównie dlatego, że mamy wtedy skłonność do przesady. Wszystkie złe rzeczy, które się dzieją, w naszych oczach rosną do niewyobrażalnych rozmiarów. Mały pagórek staje się górą nie do przejścia. Kłótnia z partnerem wydaje się być symptomem rozpadu związku. A porażka jawi się jako katastrofa ostateczna, spod której już się nie wygrzebiemy i przez którą dalsze działania nie mają sensu.

To samo tyczy się tych pozytywnych emocji. Na fali euforii łatwo jest popełnić ogromny błąd. Praca, która wygląda na wymarzoną, może stać się kulą u nogi, bo nie zwracaliśmy uwagi na rzeczy, które powinny nam zapalić czerwoną lampkę. Facet, który wygląda i zachowuje się jak ten wyśniony, może okazać się niewart tego, by zmienić dla niego środowisko czy miejsce zamieszkania.

Często dajemy się ponieść emocjom, a potem dostajemy przez to po tyłku. Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która zawsze podejmuje racjonalne decyzje. Choćbyśmy nie wiem jak się starały – są chwile, gdy uczucia biorą górę za bardzo. I choć sama jestem za racjonalnym myśleniem, to wiem, jak łatwo można podjąć pochopną decyzję po wpływem chwili. Niestety – czasem ładujemy się w nieodpowiednie projekty lub mamy problem, by z nich zrezygnować. Wszystko przez emocje, które nie pozwalają nam spojrzeć na decyzję z dystansu.

 

Wytrwałość za wszelką cenę

Zawsze myślałam, że jestem wytrwała. Wychodzę z założenia, że jak już coś robię, to ma to być zrobione porządnie. W tajemnicy powiem Wam, że to między innymi przez tę cechę zawaliłam studia. Mogłam kupić projekt, jak wiele osób z roku, bo przecież przedmiot i tak był z kategorii „nieprzydatne”. Ale tego nie zrobiłam. Bo chciałam sama. Bo uważałam (i wciąż tak uważam), że jak już studiuję, to nie na pół gwizdka.

Mówią, że wytrwałość to cecha ludzi sukcesu. Że większość osób, która ponosi porażkę, to ludzie, którzy poddali się prawie na mecie. Też kiedyś tak myślałam. Wydawało mi się, że jeśli coś się zaczęło, to trzeba to skończyć, choćby to nawet była kretyńska książka czy puzzle, które okazały się nudne.

A potem u Pani Swojego Czasu usłyszałam, że nie jest sztuką pociągnąć nieudany projekt do końca. Dużo trudniej jest porzucić coś, co jest niedokończone tylko dlatego, że nie idzie w dobrym kierunku. Nie chcemy, by czas, który do tej pory poświęciliśmy na to coś, okazał się nietrafioną inwestycją.

Ale w sumie to była ta myśl, która przyświecała mi, gdy rzucałam studia ostatecznie. Wszyscy mi mówili, że bez inżyniera to będzie zmarnowane 2,5 roku. A ja cały czas powtarzałam, że wolę poświęcić te lata, których już nie odzyskam, niż marnować kolejny rok. No bo w imię czego miałabym to robić? W imię wytrwałości? Czy w imię kończenia wszystkiego, co się zaczęłam?

 

Wiem, kiedy się nie poddawać

Zawsze umiałam odpuszczać na chwilę. Wtedy, gdy górę brały nade mną emocje. Dawałam sobie czas na uspokojenie się, na oddech i racjonalne spojrzenie. Te wszystkie słowa, że mam to w dupie i że nigdy więcej tego nie zrobię, były tylko czczymi pogróżkami. Po tym, gdy już się uspokoiłam – robiłam dalej swoje. Parłam do przodu jak taran.

Wciąż tak mam. Wystarczy przestudiować mój fanpage na Facebooku, żeby dostrzec, ile razy miałam chwile zwątpienia. Ile razy zmieniałam kierunek. A jednak – ciągle tu jestem. Bloguję. Już prawie dwa lata, mniej lub bardziej regularnie, z większym lub mniejszym skutkiem. Nie poddałam się.

Tak było z wszystkim. Wiele razy w życiu miałam chwile zwątpienia. W szkole średniej. Na studiach. Gdybym mogła coś o sobie powiedzieć na pewno, to że nie poddaję się łatwo. Walczę do końca. Dopóki widzę sens w robieniu czegoś – robię to. Nie ma znaczenia ile osób powie mi, że to bez sensu. Nie skupiam się na tym, czy dobrze mi idzie. Po prostu to robię.

 

Nauczyłam się odpuszczać

Ale teraz już umiem odpuszczać. Tak całkiem. Do końca życia. Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia. Owszem – miewam słomiany zapał i zdarzało mi się wcześniej zrezygnować z czegoś, co zaczęłam. Ale tylko wtedy, gdy ledwo się zanurzyłam, zanim zdążyłam zagłębić się w coś na dobre. Bo wiedziałam, że gdy tylko skoczę na głęboką wodę, jedna rzecz może mnie wciągnąć jak bagno. I że nie będę w stanie się uwolnić, choćbym nie wiem jak chciała.

Pierwszy raz uwolniłam się od tego obezwładniającego uczucia, że powinnam skończyć to, co zaczęłam, gdy wykaraskałam się ze swojego pierwszego poważnego związku. Wiem, że to porównanie może zabrzmieć głupio, ale wcale takie nie jest. Nie potrafiłam się pozbyć myśli, że przecież jestem zaręczona. Wydawało mi się, że na tym etapie już nie mam drogi powrotu. Bo przecież nie zostawia się człowieka, któremu obiecało się ślub. Nawet jeśli jest się bardzo nieszczęśliwym.

A jednak się odważyłam. Wbrew pozorom – najbardziej musiałam przekonywać samą siebie. I po raz pierwszy w życiu doznałam uczucia obezwładniającej ulgi. Nigdy wcześniej nie czułam się tak lekko.

Po tej decyzji, która zaprzeczała mojemu dotychczasowemu spojrzeniu na życie, poszło już z górki. Za każdym razem, gdy zyskiwałam świadomość, że już czegoś nie chcę robić – coraz łatwiej było zrezygnować.

Studia.

Praca jako copywriter.

Gorączkowe poszukiwania jakiejkolwiek dorywczej pracy.

Powiedziałam sobie stop.

Czasem to nieodpowiedni moment, czasem nieodpowiednie zajęcie. Wiem jedno – teraz jestem przede wszystkim mamą. Mamą, która ma swój mały kącik w sieci, w którym robi swoje. I tyle. Wszystko inne odpuszczam. Niczego więcej nie potrzebuję.

 

Wytrwałość jest ważna – fajnie się mówi. Tak jak mówi się, że powinno się kończyć to, co się zaczęło. Że nie można odpuszczać na półmetku, albo nawet pod koniec trasy, bo to strata czasu i energii.

Tymczasem ja lubię pytać – jakim kosztem? Czy cena, jaką płacimy za wytrwałość, nie jest czasem zbyt wysoka? Bo czasu, który minął, już nie odzyskasz. A upierając się przy czymś, co nie sprawia Ci satysfakcji i do niczego się nie przyda – jest marnotrawstwem zasobów, które jeszcze masz.

 

A Ty potrafisz odpuszczać?