Rozmawiam ze wszechświatem i ubijam psa

W jednym ze swoich ostatnich tekstów pisałam, że nie sztuką jest ciągnąć nieudany projekt do końca. I że dużo trudniej jest porzucić coś, co jest niedokończone, tylko dlatego, że idzie w złym kierunku. A właściwie – nie idzie w dobrym.

Cóż – trudno uznać, że blog taki jak ten mógłby kiedykolwiek osiągnąć status „ukończony”. Ale mimo to, z bólem serca muszę przyznać, że nie jest to projekt udany. Pewnie się tego nie spodziewałyście. No cóż – ja też się nie spodziewałam. Jeszcze kilka dni temu, ba!, jeszcze dzisiaj rano, byłam przekonana, że co jak co, ale bloga nie porzucę. Pisałam tekst na następny dzień. Planowałam w głowie rozwój.

A teraz jestem tutaj – zdecydowana, choć decyzję podjęłam pod wpływem chwili. No cóż. Ponoć pierwszą fazą żałoby jest zaprzeczenie.

 

Rozmawiam ze wszechświatem i ubijam psa

 

Wszechświat do mnie mówi

Nie jestem osobą wierzącą. Głównie dlatego, że nie ufam mocy sprawczej, która miałaby mieć kontrolę nie tylko nad tym, jak moje życie się potoczy, ale również nad tym, co się ze mną stanie po śmierci. Lubię mieć wolność wyboru.

Ale wierzę w przeznaczenie. W przypadek. W zrządzenie losu. Wierzę, że Wszechświat do mnie mówi, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Głównie dlatego, że Wszechświat nigdy mnie nie zawiódł.

A teraz cały Wszechświat do mnie krzyczy – rzuć to! Najpierw spora część rodziny mówiła mi o tym otwarcie. Potem ta myśl pomału sączyła mi się do mózgu, zatruwając wszystkie plany. Nie zliczę ile razy pomyślałam, że moje macierzyństwo byłoby o niebo łatwiejsze, gdybym nie uparła się na bloga.

Znalazłabym czas na aktywność fizyczną, na zrobienie obiadu, na posprzątanie w domu, bez wyrzutów sumienia, że chcę coś osiągnąć w dziedzinie, która leży i się kurzy. Nie potrafiłam być mamą, kurą domową i blogerką jednocześnie. A przy tym nie chciałam żadnej z tych rzeczy robić na pół gwizdka. Nie udało się.

 

Ubijam psa

Choć uwielbiam Pawła Tkaczyka i mam wszystkie jego książki (wszystkie trzy!), zwykle nie czytam jego bloga. Jednak rzucił mi się jego nowy tekst na instastory u Pani Swojego Czasu. Piszę to, żebyście mieli świadomość, jak wiele w tym było przypadku i jak bardzo Wszechświat do mnie krzyczy.

W sumie weszłam z ciekawości. Zastanawiałam się, po co Lidl wprowadził ofertę wczasów. Dowiedziałam się znacznie więcej niż bym chciała.

Jeśli którejś z Was zechce się przeczytać ten artykuł, zwróćcie uwagę na Psa. Uczyłam się o macierzy BCG na studiach (poznałam po krowie!), ale to już było w momencie, w którym nie bardzo się przykładałam. Pewnie dlatego sama wcześniej nie zorientowałam się, że jestem Psem. A właściwie – że mój blog jest Psem. Psem, którego trzeba ubić. Tego nie mogłam zignorować.

W grudniu mój blog kończy dwa lata. I tak, ja wiem, że piszę średnio dużo i nieregularnie. Ale jednak od jakiegoś czasu się przykładałam. I w blogosferze, w której ludzi chcących się wybić jest masa, byłam chyba najbardziej żałosnym, porzuconym i marnym kundlem ze wszystkich. Serio!

 

Czas na dorosłość

Kilka ostatnich dni było dla mnie momentem przełomowym. Z dwóch powodów. Po pierwsze – moje dziecko skończyło jedenaście miesięcy. I to jest bardzo ważna informacja, ponieważ dostałam roczne wynagrodzenie za poród. Płatne w ratach. Inaczej zwane kosiniakowym. A dla niewtajemniczonych – macierzyńskim dla bezrobotnych. Ni mniej, ni więcej, przez jedenaście miesięcy żyłabym sobie jak kot za piecem z miseczką mleczka tylko dzięki temu, że powiłam córkę. Byłoby tak, gdyby nie fakt, że – nie ukrywajmy – dziecko sporo kosztuje.

No ale moje dziecko zaraz kończy roczek. A to oznacza, że już nie bardzo będę miała możliwość doić podatników na grube hajsy za siedzenie na dupie i przeglądanie Internetów. Nadszedł czas na prawdziwe życie. A prawdziwe życie wygląda tak, że macierzyński się kończy, a matka Polka wraca do pracy. Albo do niej idzie. Albo dopiero jej szuka. Ja jestem na etapie myślenia o szukaniu 🙂

I tu wchodzi na scenę „po drugie”. Po drugie – dostałam ofertę miękkiego startu w pracę zawodową. Od mojej mamy. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale powiedzmy, że mam szansę wypróbować czy sprawdzam się w określonym zawodzie i to wszystko za cenę barteru! Żyć nie umierać 😉

Moje życie i tak było mocno okrojone przez bloga. I prawda jest taka, że jeśli chcę wdrożyć nowe projekty i wciąż mieć czas na sen i dla męża – muszę coś uciąć. Jeszcze dwie godziny temu łudziłam się, że dam radę. Teraz wiem, że chcę ruszyć w świat z czymś innym. A to oznacza, że jednak nie dam rady.

 

Uwielbiam swojego bloga i uwielbiam Was!

Blog nauczył mnie wielu rzeczy. Sprawił, że po rzuceniu studiów otwarłam się na nowe możliwości i zaczęłam poszukiwać. Przez te dwa lata nauczyłam się więcej, niż przez dwa i pół roku studiów. Znacznie więcej. Na dodatek – poznałam wielu wspaniałych ludzi, szkoda, że tylko przez Internet. Dowiedziałam, że ścieżka rozwoju i nauki nie musi się kończyć w tym samym miejscu, co ścieżka edukacji. I że naprawdę wiele rzeczy można ze sobą pogodzić, jeśli bardzo się chce.

Ale teraz przyszedł czas na podziękowania, tak jak możecie je znaleźć na końcu (prawie) każdej książki. Chciałam serdecznie podziękować:

Kamilowi. Za to, że mnie wspierał. Od samego początku. Mam nadzieję, że do końca.

Angelice. Za to, że była moim pierwszym prawdziwym fanem, choć wcześniej byłyśmy dla siebie obce. Dalej jesteśmy, ale trochę mniej 🙂

Kasi K. Za cudowne maile, które słała do mnie w odpowiedzi na newsletter. To był miód na moje zbolałe serce. Kasiu, mam nadzieję, że się nie gniewasz za to, że jednak znikam

Chadonistce. Za to, że jako pierwsza powiedziała mi – „motywujesz”. Sama nigdy bym na to nie wpadła. Dziękuję!

 

Blog zostanie w sieci, przynajmniej na razie, jak pusty i opuszczony dom. W środę zamknę fanpage (jeśli się da). Jeśli chcesz mieć ze mną kontakt, zawsze możesz napisać maila na kontakt@filozofiazycia.pl. A jeśli za mną trochę zatęsknisz, zapraszam na mój Instagram. Postaram się nadrobić swoimi przemyśleniami tam.

Wyprowadzam się z bloga. Czas na zupełnie nowy rozdział.

  • Smutno, że kończysz z blogiem. Bardzo lubiłam Cię czytać i będzie mi brakowało Twoich wpisów.

    Ale jednocześnie cieszę się bardzo, że idziesz dalej jakąś inną, bardziej Twoją drogą. I dobrze mówisz, nie ma sensu mieć bloga, jeśli tylko przeszkadza. 🙂

    Trzymam kciuki, żeby wszystko wypaliło!

  • Strasznie szkoda, ale rozumiem taką decyzję. Od pewnego czasu Twój blog był jednym z tych, które śledziłam regularnie i którym mocno kibicowałam. Jeśli kiedyś wrócisz, będę czekać 😉 Tym pierwszym i za razem ostatnim komentarzem na tym blogu, życzę Ci wszystkiego najlepszego w życiu, niezależnie od tego, dokąd Cię ono poniesie. Powodzenia! 🙂

    • Dziękuję za życzenia i za ten komentarz! <3
      Cieszę się, że postanowiłaś dać znać, że byłaś 🙂 Nie mogłam sobie życzyć lepszego pożegnania 🙂