Dlaczego nie potrafimy przyznać się do błędu?

Dawno temu czytałam artykuł, którego autor dowodził, że jeśli spytasz obcą osobę o drogę, będzie wolała wprowadzić Cię w błąd, niż powiedzieć „nie wiem”. Od tego czasu zaczęłam zwracać na to uwagę. Gdy ktoś chciał się czegoś ode mnie dowiedzieć, a ja nie miałam na ten temat zielonego pojęcia, po prostu się do tego przyznawałam. Ale problem jest głębszy. Bo większość z nas nie potrafi przyznać się do błędu.

Lubimy zgrywać osoby wszystkowiedzące. Nie tylko wtedy, gdy wypowiadamy się w kwestiach, o których nigdy w życiu nie słyszeliśmy. Nawet jeśli ktoś wytknie nam braki w wiedzy albo brak logicznego myślenia – brniemy dalej w swoje opinie. Wolimy się ośmieszyć, niż przyznać się do błędu. Dlaczego?

Dlaczego nie umiemy przyznać się do błędu?

 

Czy to strach?

Czasem boimy się co ludzie o nas pomyślą aż za bardzo. Nawet jeśli nie wiemy nic o polityce, literaturze pięknej czy najnowszych przebojach kinowych – udzielamy się w dyskusjach na ten temat. Boimy się pokazać, że nie jesteśmy na bieżąco. Na myśl, że ktoś powie o nas „ignorant”, paraliżuje nas strach. Nie chcemy pokazać braków w swojej wiedzy, z obawy, że ktoś uzna nas za niewykształconych.

Dużo zależy od towarzystwa, w jakim się obracamy. Jeśli są to tzw. „inteligenci”, ciężko jest powiedzieć, że nic się nie wie o rzeczach, o których każdy powinien wiedzieć. Ale czy faktycznie powinien? Czy to, że nie czytałam „Pana Tadeusza” albo nie rozumiem odniesień do trylogii Sienkiewicza robi ze mnie debila? Czy to, że nie wiem gdzie leży Jelenia Góra albo jaka rzeka przepływa przez Kielce robi ze mnie głupka? Pokażcie mi chodzącą encyklopedię, która zna odpowiedzi na każde pytanie, bez dostępu do wujka Google!

Ale najgorszy rodzaj strachu, to ten, który powstrzymuje nas przed działaniem. Boisz się rzucić studia, złożyć pozew rozwodowy do sądu albo zmienić pracę, bo przecież co ludzie powiedzą? Nie ma nic gorszego niż tkwienie w bagnie po uszy, z obawy przed opinią innych. Z dwóch powodów. Przede wszystkim – to Twoje życie, więc to Ty powinieneś mieć na nie największy wpływ. Ale też dlatego, że obawa przed tym, co może się stać, to najgłupszy powód do rezygnowania ze swojego szczęścia. Naprawdę – czasem dla własnego dobra lepiej jest przyznać się do błędu, niż milczeć i nie robić nic.

 

Czy to ego?

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie podjął złej decyzji, kierując się własnym ego. Czasem zdarzy się, że będziesz się twardo trzymał jakiejś opinii, nawet jeśli w którymś momencie sam zdasz sobie sprawę z tego, że jest głupia. Tylko dlatego, że ktoś próbował Cię przekonać do innego zdania, a gdybyś przyznał mu rację – oznaczałoby to przegraną.

Traktowanie każdej rozmowy jak bitwę, którą koniecznie trzeba wygrać, może prowadzić do wielu nieporozumień i niepotrzebnych kłótni. I nie ma znaczenia czy chcemy przekonać kogoś do swojego zdania, czy nie chcemy dać siebie przekonać. Dyskutowanie i wymienianie opinii jest super, ale pod warunkiem, że szanujesz cudze zdanie. Jeśli Twoje ego zazwyczaj bierze górę – może nie powinieneś wchodzić w kontrowersyjne rozmowy? Albo starać się nad tym popracować?

Z ego jest ten problem, że każdą „porażkę” traktujemy personalnie. Gdy tylko trafimy na kogoś, kto śmie nie zgadzać się z nami albo wytknie nam błąd, wpadamy w gniew. A stąd krótka droga do kłótni, obrażania innych i strzelania fochem. Gdy złe emocje biorą górę, potrafimy zapętlić się w nielogicznych argumentach tylko po to, żeby utrzymać pozycję. Problem jednak tkwi w tym, że ze może i wychodzimy z podniesioną głową z takiej „zwycięskiej bitwy”, ale nie zyskujemy tym sympatii innych. Pytanie tylko, czy chcesz uchodzić za osobę inteligentną i nieomylną, czy na zajadłego choleryka?

 

Zamiast ostatniego zdania – pierwsze przepraszam

Mój mąż ostatnio mi powiedział, że jak się kłócimy, to nawet jeśli obydwoje wiemy, że mam rację – potrafię ustąpić i przeprosić. Zaskoczył mnie, bo nie miałam pojęcia, że zauważył. Niestety – w kłótniach z bliskimi osobami często każda ze stron chce mieć ostatnie zdanie. Niektórzy są w stanie powiedzieć wiele przykrych słów i zapędzić się w rejony, w które lepiej się nie zapuszczać przy osobie, której nie chce się zranić. Tylko po to, by nie ulec. By udowodnić, że ma się rację. Choć na następny dzień tak naprawdę nie będzie miało znaczenia kto komu ustąpił, a kto miał ostatnie słowo. Emocje rzadko są dobrym doradcą.

A czasem warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć – czy naprawdę chcę, by ta rozmowa przebiegała w ten sposób? Może czasem warto zejść z pola, przeprosić albo przyznać się do błędu? Nawet jeśli miało się rację – ważniejsze jest chyba to, czy będziesz mógł spojrzeć drugiej osobie w oczy, niż to, że ją złamałeś, prawda?

Bo w dyskusji do ostatniego zdania ktoś musi ustąpić, żeby w ogóle móc przestać się kłócić. Najlepsze decyzje podejmuje się na trzeźwo, a nie pod wpływem impulsu.

 

Potrafię przyznać się do błędu (choć nie zawsze)

Wiecie co? Jest wiele rzeczy, o których nie mam pojęcia. Kompletnie nie interesuje mnie konflikt na szczytach władzy w Polsce, bo mam lepsze tematy do rozmyślań. Nie znam się na geografii, a jeśli ktoś rzuca miejscowością, o której coś słyszałam, ale nie wiem gdzie leży – zawsze wydaje mi się, że to jest nad morzem. To, co wyniosłam ze szkoły, uleciało z czasem i porodem. Nie wiem co leci teraz w kinach, o grach komputerowych mam blade pojęcie, a technologia czasem mnie przerasta.

Ale nie mam problemu ze słowami „nie wiem”. Gdy ludzie dyskutują na temat, o którym nie mam pojęcia, to po prostu się nie odzywam. A jeśli rozmawiam z kimś na temat, na który każde z nas ma inne opinie i ta osoba mnie przekona – potrafię powiedzieć „masz rację”.

Nie czułabym się dobrze ze sobą, gdybym robiła z siebie eksperta na siłę. Na blogu eksperymentuję z treściami, ale jeśli nie czuję się w jakimś temacie – nie poruszam go. I uwielbiam takie podejście.

 

A Ty? Potrafisz się przyznać do błędu?
  • Wszystko po trochu 😉 Ale jest to chyba sztuka której trzeba się nauczyć 🙂

  • Bardzo dobry tekst. Szczególnie bliskie jest mi zdanie, że w kłótniach z bliskimi często ludzie chcą postawić na swoim – mój chłopak choćby wiedział, że jest w błędzie to i tak upiera się przy swoim byle tylko nie przyznać mi racji, ja natomiast mam odwrotnie często odpuszczam, żeby zakończyć konflikt. Oba zachowania w sumie są niewłaściwe. Tak czy siak szkoda, że ludziom tak trudno przychodzi przyznać się do błędu.

    • Dopóki po kłótni umiecie na spokojnie porozmawiać i dojść do czegoś, to da się przeżyć 🙂

  • Bardzo ciekawy tekst. I zgadzam się z Tobą
    Sama łapę się na tym, ze lubię mieć ostatnie zdanie podczas kłótni. A to nic dobrego ☺

    • Też tak miałam, dopóki nie poznałam swojego męża. Trafił swój na swego, któreś z nas musiało nauczyć się ustępować 😉