Ciężka praca niczego Ci nie gwarantuje

Są takie kłamstwa, które wciska się dzieciom. Na przykład, że jak będziesz jadła warzywa i piła mleko, to urośniesz. W przeciwnym razie – na zawsze pozostaniesz kurduplem. Albo, że prezenty na Gwiazdkę dostają tylko grzeczne dzieci. Są też takie kłamstwa, w które wierzymy nawet w wieku dorosłym. Jak to, że pilna nauka i ciężka praca zapewnią Ci dostatnie życie. Tak naprawdę – ciężka praca niczego Ci nie gwarantuje. Poza garbem.

 

ciężka praca niczego Ci nie gwarantuje

Najpierw szkoła, potem studia

Gdy szłam do szkoły średniej, wciąż pokutowało twierdzenie, że jedyny porządny tok nauki to liceum, a potem studia. Ludzi decydujących się na zawodówkę uważano za nieudaczników. Z tymi, którzy wybierali technikum, nie było wiele lepiej. Każdy, kto chciał zdobyć zawód w okolicy osiągnięcia pełnoletności, był frajerem, który skończy kopiąc rowy.

Nie wiem, być może teraz się to trochę zmienia. Ale ja wciąż mam wrażenie, że nacisk na studia jest bardzo duży. Owszem – studia się przydają, nie zaprzeczę. Są takie zawody, w których koniecznie musisz mieć przynajmniej licencjat albo inżyniera, żeby móc dostać pracę. Ale co jest złego w tym, że ktoś może chcieć utrzymywać się z pracy, do której nie potrzebuje dyplomu?

Studia nie uczą jednej bardzo ważnej rzeczy – życia. Ludziom wydaje się, że wystarczy wejść na rynek pracy z odpowiednim papierem w ręku i od razu można zarabiać kokosy. Prawdziwe życie tak nie wygląda. Choćby nie wiem ile osób nam to wmawiało.

Dlatego poświęcamy godziny na naukę bezsensownych i nieprzydatnych przedmiotów. Patrzymy na średnią, która pomoże nam się dostać do dobrego gimnazjum, potem do dobrego liceum, a na końcu na dobre studia. Wszystko po to, by móc znaleźć fajną i dobrze płatną pracę Bo trzeba się dobrze uczyć, żeby móc dobrze żyć. Prawda?

To niesprawiedliwe!

Miałam na studiach koleżankę, która uważała, że powinna mieć stypendium, bo nie ma kasy, a uczy się dużo. Jej oceny nie były najlepsze. Ale wydawało jej się, że skoro wkłada więcej pracy i czasu w naukę niż inni, to jej się należy. Kto wie, być może po prostu nie nadawała się na ten kierunek? Nie mnie oceniać. Ale powiem Wam jedno – za samą ciężką pracę nie należy się nic. W niewielu miejscach rozlicza się człowieka za dupogodziny.

Ostatnio rozmawiałam z moim Mężem. Powiedział, że to niesprawiedliwe, że człowiek całe życie haruje jak wół tylko po to, by prawie nic z tego nie mieć. Rzadko jestem wobec niego brutalna, ale tym razem walnęłam mu prawdą prosto między oczy. A prawda jest taka, że mój mąż nie wybrał szczególnie opłacalnego zawodu. Owszem – nie zarabia minimalnej krajowej, ale do średniej też mu daleko. Czego się spodziewał? Że ktoś dostrzeże jego ciężką pracę, przyjdzie do niego i powie: „hej, dobrze pracujesz, damy ci za to podwyżkę”? W idealnym świecie może tak by to wyglądało. Ale nie żyjemy w idealnym świecie.

Ciężka praca – po co?

Nie wiem, dlaczego utarło się, że ciężka praca powinna być szczególnie wynagradzana. Być może wzięło się to stąd, że już w szkole mamy przedmioty, na których wystawia się oceny, choć nie powinno się tego robić. Jak plastyka. Ręka do góry, która z Was dostała piątkę z tego przedmiotu, mimo że coś, co miało na rysunku być psem, bardziej przypominało krowę? Piątka, którą dostaje się tylko i wyłącznie za ciężką pracę. No bo jak inaczej można ocenić brzydki rysunek?

Większość rzeczy, które robimy w życiu, jest mierzalna. W przedmiotach ścisłych można ocenić wynik albo wiedzę. Na polskim – nie dostaje się oceny za piękne i bogate słownictwo, a za poprawne pisanie i spójną argumentację (albo trafienie w klucz).

W pracy też ocenia się wyniki. Nawet jeśli pracujesz na godziny – pracodawca ocenia, czy wywiązujesz się z obowiązków. Wyobraź sobie, że Twoja praca polega na wklepywaniu danych do komputera. Zamiast tego – przenosisz kartony. Jest ciężka praca? Jest! Powinnaś poprosić o podwyżkę, bo pracujesz ciężej od innych.

Brzmi głupio? I powinno! Tak, jak pracodawca nie da Ci podwyżki za ciężką harówę, tak życie nie wynagrodzi Ci wysiłku, jaki wkładasz w cokolwiek. Doceniamy pracusi. Ale z podziwem traktujemy tych, którzy nie narobią się specjalnie i mają efekty.

Oda do pieniędzy

W naszym narodzie pokutuje jakieś dziwne przekonanie, że im więcej się pracuje, tym więcej powinno się zarabiać. Dlatego niektórzy tak chętnie wieszają psy na wziętych blogerkach modowych czy celebrytkach. W końcu za co one dostają pieniądze? Za to, że są? A miliony kobiet pracują w pocie czoła za 2,500 zł miesięcznie. Kto to widział, płacić komuś grube tysiące za pokazanie się w jakiejś szmacie, skoro jest tyle osób pracujących ciężej, a zarabiających mniej?!

Wydaje nam się, że porządna i uczciwa praca to ta, w której się zapierdziela. I taka powinna być odpowiednio wynagradzana. Każdy, kto ma więcej pieniędzy i „nic nie robi” jest albo oszustem, albo złodziejem. Kimś, kto powinien chwycić się prawdziwej roboty, zamiast doić innych ze złotówek.

Zdradzę Wam sekret. Nie zarobicie kokosów w pracy, która ma niską barierę wejścia. Tak jak nie zarobicie kokosów w pracy, do której kompletnie się nie nadajecie. A pracodawca to nie firma charytatywna. Jeśli ma do wyboru dwóch pracowników o podobnych kwalifikacjach, to nie wybierze tego, który jest wkłada więcej wysiłku w pracę albo uczył się więcej w szkole. Weźmie tego, który zgodzi się na niższą stawkę i będzie wypełniał swoje obowiązki. To nie jest bezduszność, to matematyka. Dopóki są ludzie, którzy zgadzają się pracować za psie pieniądze, dopóty pracodawcy będą źle płacić.

Dlatego proszę Was. Nie wypruwajcie sobie żył w imię poczucia, że wykonaliście dobrą robotę. Że daliście z siebie wszystko. Praca to tylko praca. Może i ma dawać poczucie satysfakcji, ale przede wszystkim ma pozwolić na utrzymanie się i na godziwe życie. To jest droga do celu, a nie cel sam w sobie.

A jeśli wkładasz cały swój wysiłek w pracę zarobkową, to tak naprawdę nie żyjesz, tylko wegetujesz. Bo prawdziwe życie nie jest tam, gdzie firma, tylko tam, gdzie są bliscy Ci ludzie.

Czasem boję się, że o tym zapomnieliśmy.

 

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, podziel się nim na Facebooku.
  • Bardzo trafny tekst!

    Ja mam taką refleksję, że z tymi studiami to chyba zawsze tak było, że nie uczyły życia, tylko teraz nagle ludzie tego od nich oczekują. Czy kiedyś prawnik po studiach nie musiał iść na aplikację, żeby zdobyć zawód? Lekarz na specjalizację, żeby nauczyć się zawodu i zdobyć doświadczenie? Matematyk na staż, żeby się wdrożyć w księgowość czy programowanie? Tylko może nie było aż takiego wyboru kierunków, w związku z czym nie było to aż tak widoczne.

    • To jest też tak, że świat idzie do przodu, a studia za tym nie nadążają. I to, co było kiedyś na maksa przydatne, dziś już takie nie jest.

      Sam fakt, że ja na jednych zajęciach musiałam wszystko rysować ręcznie, a jakbym chciała iść do pracy z tym związanej – robiłabym to na komputerze. I po co?